Od kilku miesięcy śledzę doniesienia medialne dotyczące tzw. konsultacji społecznych w naszym mieście. Im dłużej się temu przyglądam, tym większe ogarnia mnie zdziwienie, choć zniechęcenie było przewidywalne.
 
Będąc architektką krajobrazu doskonale wiem, że im więcej osób ma głos w sprawie projektu, tym więcej czasu trzeba poświęcić na jego przeróbki, niekiedy trudne spotkania, uświadamianie spraw dla nas oczywistych, takich jak ograniczenia techniczne, formalne czy materialne. Ba! Najczęściej musimy poświęcić naszą „jedynie słuszną” koncepcję na wykonanie projektu.

Na koniec zawsze wychodzi coś lepszego od naszych pierwotnych założeń. Ponadto okazuje się, że powiększyło się grono sympatyków naszej pracy, jesteśmy bogatsi o kolejne twórcze doświadczenie, mamy poczucie satysfakcji z porządnie wykonanej pracy i sprostania oczekiwaniom wielu użytkowników. Tych zależności władze Szczecina nie dostrzegają. I to dziwi. Dziwi, że w całym magistracie brak choćby jednej osoby, która miałaby przynajmniej teoretyczne przygotowanie do prowadzenia konsultacji społecznych z prawdziwego zdarzenia, nie wspominając o  doświadczeniu czy pasji do ich przeprowadzania. Bo gdyby tak było, to podczas dyskusji o wpływie partycypacji społecznej na zagospodarowanie przestrzeni miejskiej, już dawno padłoby hasło: design out crime. Pod pojęciem „projektowania wykluczającego przestępczość” (bo tak w wolnym tłumaczeniu należy  je rozumieć ten termin) kryje się cała dziedzina wiedzy oparta na badaniach naukowych, doświadczeniach projektantów, służb porządkowych i społeczności lokalnych, opisująca zasady zagospodarowania przestrzeni w sposób przeciwdziałający niepożądanym, patologicznym zjawiskom społecznym. Pojęcie to od dziesiątek lat znane jest w krajach rozwiniętych. 
 
Wiemy już, że to co powstrzymuje potencjalnego sprawcę przed popełnieniem przestępstwa czy wykroczenia, to nie surowość kary, ale jej nieuchronność. Tak więc decyzja o spożyciu alkoholu w określonym miejscu publicznym, zdemolowaniu ławki, czy nawet napaści, zdeterminowana jest przez ocenę ryzyka zostania przyłapanym na powszechnie nieakceptowanym czynie. Istnieje cały szereg zasad projektowania terenów zurbanizowanych, które sprawiają, że przestrzeń staje się bezpieczniejsza, dzięki temu, że sposób jej zagospodarowania zniechęca potencjalnych sprawców do popełniania przestępstw i wykroczeń. Jednym z takich czynników jest nadzór społeczny nad danym terenem. Natomiast środkiem do pobudzenia społeczności lokalnej do pełnienia takiej funkcji jest właśnie partycypacja społeczna w procesie aranżowania przestrzeni zamieszkania. Ale żeby była skuteczna, nie wystarczy zorganizować kilka spotkań informacyjnych, ucinać dyskusję kiedy wybiega poza ściśle narzucony harmonogram i nazwać to konsultacjami społecznymi.

Ludzie muszą mieć poczucie, że są traktowani poważnie, mają realny wpływ na zmianę, która może nastąpić i stanie się faktem. Żeby to osiągnąć trzeba ich nie tylko dać im możliwość wyrażenia swojej opinii nad projektem, ale zaprosić do wspólnej pracy nad koncepcją, a następnie jej realizacją. Bo im większe zaangażowanie mieszkańców w powstawanie projektu otaczającej ich przestrzeni, im większy ich współudział w pracach wykonawczych, tym większe poczucie  przywiązania i identyfikacji z miejscem, które pomogli stworzyć.

Dzięki czynnemu uczestnictwu w procesie kreowania własnego otoczenia rodzi się poczucie odpowiedzialności za „swoje” miejsce i pogłębiają się relacje międzysąsiedzkie. Czynniki te zawsze prowadzą do wzbudzenia poczucia troski o wspólną przestrzeń, którą społeczność zaczyna traktować jak własną, a nie miejską, czyli niczyją. A o „swój” teren dbamy. Własnego ogródka nie niszczymy, ani nie zaśmiecamy. Najczęściej nie godzimy się nawet na to, aby nasz pies go zanieczyszczał. Nie tylko sami zachowujemy się poprawnie, ale zaczynamy też wymagać tego od naszych gości. W przestrzeni publicznej objawia się to poprzez zwiększenie częstotliwości interwencji mieszkańców w przypadku niewłaściwie zachowujących się użytkowników, werbalne zwrócenie uwagi czy wezwanie służb porządkowych, zaangażowanie w kreowanie kolejnych rozwiązań poprawiających bezpieczeństwo przestrzeni. Niekiedy nie jest to konieczne, ponieważ naturalnym skutkiem partycypacji społecznej w procesie powstawania przestrzeni miejskiej jest również zaangażowanie w działania mające na celu utrzymanie przestrzeni w dobrym stanie, a więc w stały proces jej właściwego utrzymania i pielęgnacji. Mieszkańcy chętniej podniosą papierki z chodnika czy umówią się na regularne koszenie trawnika, jeśli chodnik i trawnik zaistniały tam dzięki ich inicjatywie lub przynajmniej przy ich współudziale. A nie od dziś również wiadomo, że zadbana przestrzeń zniechęca potencjalnych sprawców do aspołecznych zachowań i przyczynia się do obniżenia wskaźnika przestępczości i częstotliwości dokonywania aktów wandalizmu. 
 
Partycypacja społeczna jednoczy lokalną społeczność, uświadamiając, że wspólnie można osiągać cele nieosiągalne pojedynczo. Pozytywnie wpływa na rozwój indywidualny uczestników, podnosząc poziom umiejętności społecznych, takich jak współpraca w grupie czy komunikatywność. Zdarza się, że wyłania i uświadamia posiadane talenty i pasje. Niweluje zjawisko wykluczenia społecznego.  Partycypacja społeczna jest niezbędnym elementem tworzenia przestrzeni przyjaznych, bezpiecznych i zadbanych. Chcemy mniej psich odchodów na chodnikach? To włączenie mieszkańców w proces projektowania ich chodników jest jedną z najbardziej skutecznych metod, by osiągnąć ten cel. 
 
 
Anita Białczak

architektka krajobrazu
Założycielka i Prezeska Stowarzyszenia Mieszkańców Wspólnot Mieszkaniowych

 

Back to Top